Boszsz, jakie to jest WSPANIAŁE!
Tak walę od razu i drukowanymi, żeby przekaz się nie rozmył, kiedy za chwilę popadnę w dygresje. No to po kolei. O Emilii Dłużewskiej – Dłużewska kontra świat – wiedziałem tyle, że jest dziennikarką kulturalną „Wyborczej”, mocno feministyczną i mocno lewicową. Dobra, nie bawmy się w eufemizmy: jak na mój gust, lewaczka totalna na frontach dzisiejszych wojen kulturowych i nie raz sapałem zirytowany, czytając jej teksty.
No i słyszę, że napisała książkę o depresji, co akurat dzisiaj nie jest rzadkością, i że jest bardzo zabawna, co już nieczęste – „twoje poczucie humoru”, ktoś mi rzucił. To mnie zaintrygowało. Potem okładka, świetna, przyciągająca wzrok (autorka: Ola Jasionowska), no i tytuł, dla mnie bomba. Postanowiłem zajrzeć.
Potem było już tylko rżenie, krztuszenie się, śmiech, gonitwa myśli, chichot, znowu rżenie i podziw, jak ona to napisała. Już miałem na końcu klawiatury, że zazdrościłem jej tego, jak pisze, ale cofam, bo naprawdę nie chciałbym nigdy przeżywać tego, O CZYM pisze. Ale jej pisarstwo to czysta brawura, coś wspaniałego, jak to subtelnie zaznaczyłem na początku. I naprawdę mi wierzcie, jakem libek i boomer, z których autorka lubi drzeć łacha. Aż się wzruszyłem, kiedy wśród żenujących męskich typów pojawił się osobnik w wieku średnim, zaczynający często zdanie od kwestii „prawda jest taka, że…”. No wypisz, wymaluj mła. Nie podkreślam tego, żeby się pastwić nad sobą, tylko uzmysłowić, że być może pożarłbym się z autorką o wszystko, ale jestem zachwycony jej książką.
Jak płakać jest jak najlepszy amerykański stand-up, wywalający bebechy na wierzch, opowiadający w brawurowy i histerycznie śmieszny (dla niektórych zapewne mocno niestosowny) sposób o chorobie i cierpieniu, millenialsach, snach klasy średniej w wielkim mieście, rodzinie, kobiecym dojrzewaniu, naszych porąbanych i niepewnych czasach. A wszystko to na ledwie 200 stronach rozpisanych na krótkie rozdziały – trochę skecze, trochę felietony, trochę mikroopowiadania, a wszystko spina się świetnie w całość. No i te porównania, skojarzenia, panowanie nad językiem i frazą. Cymes i malina. Uwielbiam takie zaskoczenia.

